1805. Jeśli jest Ci źle, to krzycz wniebogłosy.

3 miesiące wcześniej…

Johanna w ciągu ostatnich tygodni wiele razy żałowała, że nie ma żadnych uzdolnień artystycznych. Mogłaby malować, rzeźbić, śpiewać, wszystko to co mogłoby pomóc jej wyrazić swój ból, pozwolić jej utulić się w żalu po śmierci ukochanej córki. Niestety, jedyne co jej pozostało to leżenie na podłodze w dziecinnym pokoiku i przytulanie kolorowych ubranek, które jeszcze tak niedawno nosiła malutka Kadee i które do teraz przechowywały na sobie jej śliczny, słodki zapach dziecięcej skóry i mydełka. Tydzień po pogrzebie Jo wróciła do pracy, chociaż nikt prócz niej nie uważał tego za dobry pomysł. Jednak Wallander się uparła. Wmówiła sobie, że jest dobrze. Bardzo dobrze. Że już nie czuje bólu. A potrafiła być naprawdę przekonująca. Sam proces wmawiania sobie trwał nieco ponad trzy dni. Trzy długie dni, które rudowłosa spędziła ze skrętem w ustach i butelką wódki w dłoni. Na zmianę wyła z żalu i wymiotowała z przepicia. Pozbywała się bólu, pozbywała się własnej duszy, uczuć. A kiedy minął kac okazało się, że nic nie czuje. Tak jakby alkohol zabił w niej wszystkie emocje. Bez zastanowienia, jak w amoku zamknęła dziecięcy pokój na klucz, a sam klucz zrzuciła do wody, stojąc na Verazzano Bridge. Następnego dnia zjawiła się w laboratorium z wyrazem chłodnej determinacji na twarzy i ignorowała zatroskane, pytające spojrzenia. Czego oni oczekiwali? Że potnie się pękniętą probówką na oczach całego zespołu? Czy że ze łzami w oczach będzie przyjmować ich kondolencje i pocieszające poklepywania po ramieniu? Nie potrafiła tak, nie chciała. Wyłączyła emocje, bo tak było lepiej dla niej.

Johanna żyła tak przez trzy tygodnie. Zapobiegliwie zatrudniła się na drugi etat w prywatnym laboratorum. A wszystko po to by jak najdłużej pracować, bo gdy wracała po 22-23 do domu, to jej jedynym marzeniem było położyć się spać. A wtedy starczyło wziąść tabletkę i zamknąć oczy. Sen przychodził sam, a rano młyn zaczynał się na nowo. Nie miała czasu by myśleć, nie miała czasu by płakać, by cierpieć. Praktycznie zapomniała o tym, kim jest, tym bardziej o tym, kim była.

Pewnego dnia musiał nastąpić kryzys. Chwila, kiedy wezbrane fale bólu przerwą tamę upartego umysłu i wtedy nie będzie nic oprócz tego bólu, który uderzy z zwielokrotnioną siłą. I być może zabije. Dla Jo ten dzień nadszedł nieco ponad pięć tygodni od śmierci Kadee. Standardowo, jak niemal codziennie, zeszła do piwnic budynku, gdzie znajdowała się sala autopsyjna i skąd Jo odbierała próbki do badań lub schodziła tylko po to by pogawędzić z patologiem, dość sędziwym lekarzem, który nazywał ją „małą dziewczynką” i słynął z upodobania do długich opowieści. Tym razem zastała w pomieszczeniu swojego szefa i dwoje agentów, którzy stali przy jednym ze stołów, na którym leżały zwłoki kilkuletniej dziewczynki, córki zamordowanego marines. Zanim Jo dostrzegła ciało zdążyła podejść bliżej i przywitać się bezemocjonalnym „cześć”. Wtedy właśnie agenci spojrzeli na siebie z niepokojem, a oczom Jo ukazały się szeroko otwarte, niebieskie oczy zamordowanej dziewczynki i długie pukle ciemnobrązowych włosów. To wystarczyło, by po policzkach kobiety popłynęły strumienie łez.
- Mamusiu, mamusiu, dlaczego o mnie nie pamiętasz? – Usłyszała za sobą głos córeczki. Albo raczej się jej tak wydawało. Kiedy odwróciła głowę nie zobaczyła niczego prócz wyposażenia sali.
- Mamusiu, dlaczego? – Dziecko spytało ponownie, a świat wokół Johanny zawirował.tak że ta musiała ratować się ucieczką by nie upaść i nie wyrżnąć głową w kafelki.
- Mamusiu!
- Mamusiu, dlaczego?
- Mamusiu, kocham Cię!
Głos nieżyjącej córeczki nie dawał jej spokoju. Biegła jak opętana, łzy zalewały jej oczy, a ból był tak ogromny, że aż zatykał jej płuca. Była złą matką! Samolubną i egoistyczną, bo zachowywała się tak, by jej było lżej… Nie pozwoliła sobie na cierpienie, wolała zepchnąć świadomość o śmierci dziecka w najdalsze rejony umysłu. A przecież kochała swoje dziecko nad życie, jak nikogo innego…
- Mamusiu!
- Mamusiu!
Głos Kadee nadal ją przywoływał w niekreślonym kierunku, ale wokół Jo zapanowała pustka. Była tylko ona i ten ból. Dopiero po dłuższej chwili, która jej wydawała się wiecznością, zorientowała się, że siedzi na podłodze w służbowej łazience i płacze wtulona w Annę, jedną z agentek.

- Jo, już dobrze, nie płacz – słyszała jej słowa, ale jedyne co mogła zrobić to zapłakać na nowo, ze zdwojoną siłą. Płacz ją obezwładnił, a ból uwięził. Cierpienie nieco zelżało gdy wezwany lekarz wpakował jej środek uspokajający w żyłę. Z każdą chwilą oddech stawał się spokojniejszy, a spazmy ustały. Wtedy do akcji wkroczył szef, który wyrzucił niepotrzebnych z pomieszczenia, zamknął za sobą drzwi i usiadł na podłodze obok Jo.

- Nie jesteś z tym sama, wiesz o tym? – Spytał, spoglądając na jej zaczerwienione od płaczu oczy. Ta tylko zacisnęła wargi w poczuciu przegranej.

- Chciałam być silna, zdusić ból w sobie – wyjaśniła, wyłamując palce obu dłoni. Tom, posiwiały agent po czterdziestce, od trzech lat prowadzący własny zespół, pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Jo, wiesz że siedem lat temu straciłem synów bliżniaków w wypadku samochodowym – powiedział nagle, a rudowłosa skinęła głową, bo o tym fakcie chyba wiedzieli wszyscy w biurze. – Zachowywałem się wtedy identycznie jak ty. Od razu poznałem ten model zachowania, jak tylko wróciłaś po pogrzebie do pracy. Zimna, pozornie wyzuta z emocji, twarda jak skała. Co z tego, że właśnie straciłam dziecko, przecież jestem silna, dam radę, nie chcę byście się nade mną litowali… To najgorsza z możliwości, Jo. Zduszasz w sobie ból, wmawiasz sobie że jest dobrze, a Twoja podświadomość umiera z bólu. W pewnej chwili organizm nie wytrzymuje. Starczy minimalny impuls, jak w Twoim przypadku dzisiaj, by wszystko się posypało…

- Co mam zrobić?

- Od dzisiaj wyślę Cię na urlop zdrowotny. Mam znajomą terapeutkę, to ona pomogła mi wyjść z zalamania po śmierci chłopców. Zajmie się Tobą. Bo nie jesteś sama Jo, cokolwiek sobie teraz myślisz. A ból nie jest oznaką słabości. Jeśli jest Ci źle, to krzycz wniebogłosy – powiedział kojącym tonem, delikatnie chwytając ją za dłoń. – Zajmij się sobą, odpocznij, uporaj się z żałobą. Jak będziesz gotowa to wróć, bo bez Ciebie to już nie będzie to samo – dodał, wstając i podając jej rękę, by wstała.

- Dzięki. – Wallander spojrzała na niego z wdzięcznością i podniosła się na nogi. Dosłownie i w przenośni.

—-

Mała retrospekcja, ale konieczna.

—-

Proszę o zmianę zdjęcia Jo na to [URL="http://fc07.deviantart.net/fs71/i/2010/199/3/0/sea_breeze_by_djcrewe.jpg"]<klik>
[/URL]

Wpis opublikowaliśmy 26 czerwca 2011

1804. Niezdrowy sen

Kobieta, która otworzyła jej drzwi prezentowała się całkiem dobrze jak na pięćdziesięciolatkę. Była zadbana i pomimo, że zapewne całe dnie przesiadywała w mieszkaniu, elegancko ubrana, a także pomalowana. Jakby nieustannie szykowała się do wyjścia, jednak ostatecznie nigdy nie opuszczała czterech ścian. Czyżby się bała czyhających na nią na ulicy zagrożeń? Nie, skądże znowu! Niegdyś lgnęła do ludzi, ale po latach trwania w chorym związku to się zmieniło. Wszystko się zmieniło. Teraz wydawało jej się, że wszędzie czai się zaborczy mąż alkoholik, gotowy siłą sprowadzić ją do domu. To dlatego nie wychodziła, jedynie czasem, z konieczności, przemykała do pobliskiego małego sklepu po zakupy, byle tylko miała co włożyć do ust. Poza tym całe dnie, nawet tygodnie spędzała sama ze sobą.

Inez uśmiechnęła się lekko, jakby speszona. Stała na progu, nerwowo przebierając nogami i czekała na reakcję matki, której bądź co bądź dawno nie odwiedzała. Czy była wyrodną córką? Nie, ona chciała po prostu skutecznie odciąć się od tego, co doświadczyła w dzieciństwie, a żeby to zrobić, chcąc nie chcąc, musiała też rozwiązać pewne problemy zaistniałe między jej rodzicami. Rodzicami, bez których doskonale sobie radziła i wcale nie ubolewała nad tym, że niemalże nie utrzymywała z nimi kontaktu, choć momentami, kiedy przychodziło co do czego… Miło byłoby zasiąść na święta w rodzinnym gronie, prawda? Mieć w kimś oparcie. Całe szczęście, Inez stworzyła sobie taką małą rodzinę w Nowym Jorku. Przyjaciele i znajomi byli dla niej obecnie najważniejsi. Byli wszystkim, co miała.

– Mogę wejść? – spytała, tym samym przerywając przeciągającą się chwilę milczenia. W tym momencie starsza z kobiet otrząsnęła się, jakby do tej pory trwała w swoistym letargu, a na jej usta wypłynęło coś na kształt nieśmiałego uśmiechu. Odsunęła się, tym samym wpuszczając Inez do środka.

– Wpadłam na chwilę. Spytać, jak tam postępowanie w sprawie rozwodu – rzuciła Inez. Wiedziała, że kiedy to wszystko się skończy, obydwie będą miały spokój. Raz na zawsze.

– Zaskakująco dobrze. Za tydzień odbędzie się ostatnia rozprawa… – oznajmiła pani Grant, bacznie przyglądając się córce. Brunetka jedynie potakująco skinęła głową, na znak, że rozumie; ostatnio wyciągnęła ze skrzynki pismo z sądu, ale go nie otworzyła. Najwidoczniej poproszono ją, by stawiła się na rozprawie, nie miała jednak zielonego pojęcia, dlaczego. – Cieszę się, że cie widzę… – usłyszała nagle i uniosła głowę. Obydwie panie wciąż stały w przedpokoju. Jeanelle i jej wierna młodsza kopia, Inez.

– Mamo…

– Wiem Inez, wiem. Nie musisz znowu mówić tego samego. Że już nic nie będzie jak dawniej. Że nie uratujemy tego, co spieprzyliśmy parę lat temu. Wiem! Zdaję sobie z tego sprawę lepiej od ciebie. Ale chyba nie zabronisz mi cie kochać, prawda? Jesteś moją córką, Inez Grant i tak, cieszę się, że cię widzę. Chodź, usiądziemy na chwilę.

Nie spodziewała się tej przemowy. W życiu nie pomyślała, że usłyszy coś podobnego. Stąd kiedy starsza kobieta zniknęła w salonie, brunetka jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, trawiąc to, co usłyszała. Podejrzewam, że zupełnie inną osobę postawioną na miejscu pani ratownik takie słowa by nie zaskoczyły, ale nie zapominajmy, że jej stosunki z rodzicami były mocno… ograniczone. A Jeanelle nigdy nie należała do osób wylewnych, zwłaszcza gdy jej jeszcze małoletnie córka potrzebowała matczynej troski. Nie potrzebowała jej także teraz, gdy wreszcie nauczyła się bez niej żyć.

O czym rozmawiały przez tą godzinę, którą Inez jej spędziła? Nie, nie odbyły szczerej i długiej rozmowy, nie padły sobie w ramiona, zapominając o wszystkim, co było. Na coś podobnego było jeszcze zdecydowanie za wcześnie, a samej Inez wydawało się, że nigdy do niczego podobnego nie dojdzie. Nie chciała pojednania. Nie wiedziała, jak miałaby się zachować w jego trakcie, ale też już całkiem po. Traktować rodzicielkę tak, jak na kochającą córkę przystało? Przepraszam, a jak to wszystko w ogóle wygląda? Nie dla niej było wpadanie z cotygodniową wizytą, nie dla niej beztroskie pogaduszki i wspólne wypady za miasto. Dlatego te nieszczęsne sześćdziesiąt minut upłynęło im na rozmowie o błahostkach. O tym, co tam słychać u jednej i u drugiej, jakie Inez ma plany na przyszłość. Zdarzały się nawet żarciki!

- To może powiesz mi, kiedy wreszcie doczekam się wnuków? – spytała Jeanelle z błyskiem rozbawienia w jasnych oczach.

- Jak do tej pory każdy mężczyzna, z którym się związałam, po pewnym czasie znikał bez słowa wyjaśnienia, więc wątpię, by komukolwiek udało się w najbliższym czasie mnie zapłodnić… – burknęła w odpowiedzi brunetka, choć na jej ustach widniał cień uśmiechu. Zwykle po tego typu niezręcznych wpadkach następowała chwila ciszy; żadna z nich nie zamierzała ciągnąć danego tematu, gorączkowo szukając innego toru, na który można by skierować rozmowę. Inez nie zamierzała się zwierzać, pani Grant nie zamierzała pytać. Obydwie wiedziały, że nie obędzie się bez gorączkowych tłumaczeń i wyciągania starych historii tylko po to, by jakoś ujarzmić teraźniejszość.

Wróciwszy do domu, brunetka doznała czegoś na kształt poczucia spełnionego obowiązku. Wraz z otrzymaniem papierów rozwodowych jej ojciec dostanie zakaz zbliżania się do matki. Co za tym idzie, nie będzie uprzykrzał życia samej Inez. A że Jeanelle mieszkała zaledwie parę przecznic dalej? Nowy Jork jest duży. Nie będą musiały znowu aż tak często widywać, choć może ich wzajemne stosunki jeszcze ulegną ociepleniu. Tego Inez nie wiedziała. Nie wiedział tego nikt. Grant jednak miała też inne zmartwienia; miasto zasnęło. Przywykła do nieustannego gwaru, znajomych spotykanych na każdym kroku, a teraz…? Teraz nawet jej mieszkanie świeciło pustką, odkąd Bella przepadła jak kamień w wodę. I choć była specyficzną współlokatorką, z dnia na dzień stała się też przyjaciółką. Przyjaciółką, której nagle zabrakło, lecz nie była pierwsza z tych, którzy przepadli bez słowa. Oczywiście, Inez utrzymywała kontakt z kim popadnie, ale wyraźnie czegoś jej brakowało. Brakowało dawnego zgiełku, nieustannego zabiegania, szalonych wypadów i beztroskiego śmiechu. Brakowało wspólnych wygłupów i wspólnych łez. Nowy Jork spał. Spał głęboko, jakby ktoś rzucił na niego klątwę. W wszechobecnej ciszy było słychać jedynie uśpiony oddech miejskich arterii. To właśnie ta niezdrowa cisza tak niemiłosiernie drażniła Inez. Nie dawała jej spokoju. Z dnia na dzień przytłaczała. Nie chciała, by ten niezdrowy sen trwał chociażby minute dłużej.

- Obudź się, proszę… – mruknęła, podchodząc do okna i oparła czoło o chłodną szybę. Potrzebowała towarzystwa jak powietrza. Dusiła się tęskniła, wpatrując się w opustoszałe o tej porze ulice. – Obudź się…

Wpis opublikowaliśmy 24 czerwca 2011

1803. Pan Bakłażan wita!

Trzaśnięcia drzwiami i krzyki były ostatnio na porządku dziennym w ich mieszkaniu. Nie było dnia, by któreś z nich w jakiś jadowitych słowach nie wypomniało swojemu współmałżonkowi jego wad, przy okazji obarczając go także całym złem otaczającego ich świata. Do tej pory powstrzymywała ich obecność Rachelle, ale kiedy dziewczynka została zabrana na weekend do dziadków, w mieszkaniu zapanowała prawdziwa Sodoma i Gomora.
– Nie mam ochoty na rozmowę – burknął Peter, kiedy Rose tylko zwróciła na niego swe spojrzenie. Miał ochotę wyjść z salonu, ale to oznaczało samotność, a samotność oznaczała fajkę, a papierosy oznaczały zło. Przyrzekł sobie, że nie będzie palić, a obecność pani Moore mu w tym bardzo pomagała.
Utkwił wzrok w ekranie telewizora, perfekcyjnie udając, iż film naprawdę go interesuje. Nie miał ochoty na kolejną kłótnie z Rose, ale chciał strasznie powiedzieć jej, jak bardzo go ta cała sytuacja męczy. Zdradził ją, był głupim dupkiem. To był jednorazowy występek, żałował tego niesamowicie. Powiedział jej to. Okazało się, że jego żona zdradzała go już od jakiegoś czasu.
– A ja nie mam ochoty z Tobą rozmawiać – mruknąwszy, wbiła wzrok w ekran telewizora. Nie zdradzałaby go, gdyby mężczyzna nie był bardziej zainteresowany oglądaniem telewizji niż swoją żoną. W dniu ślubu chyba zapomnieli mu powiedzieć, że wskazane jest, aby czasami poświęcić śpiącej obok kobiecie więcej uwagi, a nie tylko pytać codziennie rano, czy już przygotowała mu kanapki.
Ona też żałowała. Przeprosiła go wielokrotnie, ale jakie to miało teraz znaczenie? Łatwiejsze okazywały się kłótnie, obrzucanie się obelgami i rzucanie talerzami, niż szczera rozmowa dotycząca przyszłości ich małżeństwa.
– A z kim miałabyś ochotę teraz porozmawiać? – zapytał; w jego głosie czuć było ironię. Od kiedy zrobił się z niego taki beznadziejny gbur, który się wszystkiego czepiał? W każdym słowie wypowiedzianym przez Rose starał się wykryć jakiś podtekst i oczywiście go wynajdywał.
– Nie z Tobą – powtórzyła, czując przypływ zdenerwowania.
Była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie ironię w wykonaniu Petera. Jeżeli chodziło o cięte riposty był dobry, ale w takich momentach miała ochotę roztrzaskać mu wazon na głowie. Najlepiej ten brzydki, który dostali w prezencie od jego matki. – Ty nawet do rozmów się nie nadajesz – zakpiła, kładąc nacisk na słowo „nawet”.
– Po prostu myślałem, że do tego sobie na razie nie znalazłaś zastępcy – mruknął lodowatym tonem, zwracając głowę w jej kierunku.
Oczy Petera zwykle błyszczące teraz przygasły i spoglądały na dziewczynę bez cienia uczucia. Moore był mistrzem w przyklejaniu do swej twarzy maski znudzenia i obojętności, którą teraz Rose prezentował.
Widziała jego uroczą maskę już wiele razy, ale teraz obojętność bolała ją najbardziej. Gdy odezwał się do niej i odwrócił, w pierwszej chwili miała ochotę mocno go uderzyć i zapytać, co się tutaj dzieje.
– Kocham Cię, Ty cholerny dupku – oznajmiła bez cienia uśmiechu na zmęczonej twarzy.
– Ja ciebie też, Rosie. I co to zmienia w tej popierdolonej sytuacji?

No tak, a więc w życiu państwa Moore’ów nie działo się najlepiej, co idealnie prezentuje ta oto rozmowa. Po krótkiej wymianie zdań, kilku godzinach piorunowania się spojrzeniami i piętnastominutowego tzw. darcia mordy doszli do wniosku, iż coś trzeba zmienić. A że sami nie potrafią, to postanowili zatrudnić pomoc. Tak, tak, ludzie. Poradnia małżeńska.

– Kiedy zaczęły się wasze kłopoty? – zapytał dość tęgi mężczyzna o fioletowej twarzy i jasnych, niemalże białych, włosach. Oślepił zaraz potem Rose i Peterka swym brakiem w uzębieniu. No cóż, gdyby chodziło o coś innego niż ratowanie małżeństwa, brunet pewnie roześmiałby się głośno i uciekł czym prędzej z tego dziwnego pomieszczenia.
Pan Bakłażan, bo tak się właśnie ów śmieszny człowieczek nazywał, zachichotał cicho i przeniósł swe oślizgłe spojrzenie na Rose. Brunet momentalnie zmienił zdanie – roześmiałby się, dałby Fioletowemu w twarz i dopiero sobie poszedł.
– Pewnie jakieś dwa lata temu, przed ołtarzem – burknęła Rose, obdarzając pana Bakłażana niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
Słyszała, że jest to najlepszy specjalista w dziedzinie ratowania małżeństw i, że radził on sobie ze znacznie gorszymi przypadkami niż ten ich. Niestety obiło jej się o uszy coś na temat niekonwencjonalnych metod. – Mąż, to znaczy Peter, nie miał dla mnie czasu. Zaczęłam czuć się jak mebel albo jakaś maszyna, która jest od tego, by zrobić kanapki i wrzucić jego brudne skarpetki do pralki – oznajmiła w końcu. Powtarzała sobie, że przecież po to tu przyszli, aby ratować to, co jeszcze zostało z ich małżeństwa. – Nie mówił mi komplementów i nie spędzał ze mną czasu.
– Rose studiowała, ja siedziałem z Rachelle, potem przychodziła do domu, ja szedłem do pracy i tak ciągle – powiedział bezbarwnym tonem, spoglądając na Fioletowego z jakim takim powątpiewaniem. On nic o tym śmiesznym człowieczku nie słyszał i teraz trochę tego żałował.
– Potem… Zdradziłem żonę z najlepszą przyjaciółką. Wyrzuty sumienia mnie zżerały, więc jej to powiedziałem.
Westchnął. To nie było przyjemne, tak sobie wszystko od początku przekładać przez głowę. Każda chwila z pierwszej kłótni nie mogła mu zejść sprzed oczu, choćby zaczął się skupiać na trochę mętnym spojrzeniu pana Bakłażana.
– To ciekawe, proszę mówić dalej – Bakłażan zachęcił do dalszej opowieści Rose, a potem zajął się oglądaniem swoich paznokci. Dziewczyna od razu pożałowała, że spojrzała w tamtą stronę.
– Ja też zdradziłam męża, właściwie zdradzałam go przez kilka tygodni – przyznała w końcu. – Poznałam kogoś, kto mnie doceniał i interesował się mną. Żałuję, że to zrobiłam, ale brakowało mi w mężu oparcia i jego zainteresowania.
– No, no, no – rzekł mężczyzna i utkwił spojrzenie w Peterku. Brunet czuł, że pan Bakłażan ma zamiar skłócić ich (Rosie i Peterka znaczy) ze sobą i zmusić do wykrzyczenia najgorszego. A to pech, bo oni codziennie to przerabiali.
– Tak właśnie było – powiedział cicho. Zastanawiał się, jakim to psychoanalizą będzie poddawać ich ten dziwaczny człowiek, kiedy położył przed nimi… Bakłażana.
– Podzielcie go między sobą. Po równo!
Spojrzenie Rose wyrażało tylko jedno – co to za chory człowiek?!
– Jak mamy go podzielić, paznokciem? – zapytała, będąc coraz bardziej sceptycznie nastawiona do ich terapii małżeńskiej. Podejrzewała, że w końcu sami doszliby z Peterem do porozumienia. O ile wcześniej nie pozabijaliby się…
Przeczuwała, że jeśli wytrzymają pierwszą wizytę i odważą się przyjść tutaj kolejny raz, będzie równie interesująco.
– No nie wiem, nie wiem. Macie go razem podzielić. Daję wam piętnaście minut.
I wyszedł.
Petera na początku zamurowało, następnie spojrzał na Rose z przerażeniem w oczach, a potem po prostu zaczął się śmiać. Śmiał się może dobre dwie minuty, pokładał się już na ten małej sofie i przytrzymywał brunetkę, by z niej nie spadła, gdy wpadł na genialny pomysł rozdzielenia bakłażana.
– Które to piętro? Czwarte? – zapytał, kiedy już brzuch przestał go tak bardzo boleć.
– Chyba nie masz zamiaru skakać?! – zawołała z przerażeniem.
Gdyby chciała pozbyć się Peterka, już wcześniej wypchnęłaby go z okna ich apartamentu. Po raz pierwszy mieszkania na najwyższym piętrze przyniosłoby pożytek.
– Zwariowałaś?! Bakłażan chce skoczyć! – powiedział ze zrezygnowaniem w głosie i podszedł powoli do okna. – Zgadza się, czwarte piętro. Jeśli dobrze pójdzie, warzywo roztrzaska się na małe kawałeczki na samym środku chodnika.
Nad głową Rose powinna pojawić się zapalona żarówka, zwiastująca dobry pomysł. Pospiesznie zdjęła ze stopy buta – eleganckie, beżowe czółenko na szpilce – i uniosła je nad bakłażana.
– Jeżeli nie będziemy musieli go jeść, jestem skłonna ubrudzić sobie buty – oznajmiła, mściwie patrząc na warzywo.
– Dobra, dawaj – powiedział i już miał zabrać do roztrzaskiwania butem bakłażana, gdy do niego dotarły słowa pana Grubasa i Idioty („macie to zrobić razem”). Podzielił się więc z Rosie bronią i razem dokonali zabójstwa fioletowego warzywa. Ciach!
– Udało wam się! – Do sali wparował… Pan Bakłażan.
– To prawda… – Rose westchnęła nostalgicznie, z dumą wpatrując się w martwego bakłażana. Niestety nie martwego Pana Bakłażana. – Możemy już iść? – zapytała.
– Tak, tak, moi drodzy! Widzę was u siebie za tydzień – pożegnał ich kolejnym uśmiechem, po czy sam pierwszy wyszedł z pokoju. Peter ponownie stał osłupiały przez kilka minut, lecz potem po prostu zachichotał.
– Wiesz, co, Rosie? Nie potrzebujemy żadnego doktorka. W ogóle.
Spojrzał na nią. Jego buźka teraz wcale nie przypominała maski, którą pokazywał jej przez te kilkanaście tygodni, wręcz odwrotnie.
Cały problem polegał na tym, że on ją kochał i przez dłuższy czas nie mógł jej wybaczyć. A teraz po prostu to zrobił. Ot tak, sam nie wiedział kiedy. Stało się.
– Kocham cię.
– Musiałam zniszczyć moje ulubione buty, żebyśmy sobie wybaczyli? – uśmiechnęła się, jednocześnie walcząc ze wzruszeniem.
Wreszcie, po kilku tygodniach męczarni, przestała wyobrażać sobie Petera splecionego w namiętnym uścisku z Silver. Ten obraz prześladował ją, ale słusznie, bo zdawał się być karą za jej występki.
– Ja Ciebie też, mój bakłażanku – ocierając łzy rozmazała sobie makijaż, ale to nie przeszkodziło jej w tym, żeby rzucić się mężowi na szyję i prawie udusić go z radości.
Zachichotał cicho, okręcając się wokół własnej osi i trzymając mocno Rose w ramionach, ażeby mu przypadkiem nie wypadła. Schował buźkę w jej włosach i westchnął.
No cóż, nie wiedzieli jednak, że z sąsiedniego pokoju obserwuje ich pan Bakłażan. Wymienił kilka uwag z sekretarką i skreślił nazwisko „Moore” z listy w swoim małym notesiku.
Nie zaprzeczycie. Ten idiota JEST specjalistą.
____________
Peter &

Wpis opublikowaliśmy 4 czerwca 2011

1802. This is a man’s world.

Ruby uparła się, by zapalić kadzidełka, więc teraz dym dusił i szczypał w oczy. W połączeniu z półmrokiem panującym w małym pokoju i tandetnymi dzwoneczkami – „orientalnymi”, jak twierdziła dziewczyna – tworzyło to klimat jak w horrorze niskiej klasy. Właścicielka mieszkania i kiczowatych dzwoneczków i tak była zachwycona.
Danny podłożył sobie pod głowę jedną z czerwonych, wyszywanych kolorowymi paciorkami poduszek i od razu tego pożałował. Koraliki uwierały go w głowę, a kota wylegującego się przy oknie nie było widać spod ciężkich, jaskrawych zasłon.
– Na długo zamieniasz swoje mieszkanie w dalekowschodni dom schadzek? – Ian podejrzliwie przyjrzał się sałatce, którą podała im przyjaciółka.
Sałata, ogórek, pomidor… A gdzie mięso?! Albo chociaż chipsy?
– Na tak długo, jak będzie trzeba – odpowiedziała Ruby, patrząc z politowaniem na swoich mięsożernych przyjaciół.
Dla świętego spokoju przyniosła z kuchni miskę z chipsami o smaku grillowanego kebabu. Plus za poczucie humoru.
– Twoja dziewczyna nie ma nic przeciwko temu? – zapytał Dan, stawiając sobie na kolanach dopiero co przyniesione naczynie. Widać Ian będzie musiał obejść się smakiem.
Jeżeli już był skazany na jedzenie sałatki zrobionej przez przyjaciółkę, postanowił zmierzyć się z tym wyzwaniem od razu. Wszyscy jego znajomi wiedzieli, że jest mięsożerny, nawet Quin przyzwyczaiła się już do tego, że jej mąż woli zjeść cheeseburgera niż marchewkę.
Pod czujnym okiem przyjaciół nałożył sobie na talerz aż łyżkę kulinarnego cuda, a potem ostrożnie spróbował. Ciężko było powiedzieć, jak smakowała. Ruby chyba zapomniała o przyprawach do smaku. Nie chciał robić przyjaciółce przykrości, więc uśmiechnął się szeroko, ale gdy się odwróciła, posłał Danowi wymowne spojrzenie, które krzyczało ” Nie próbuj!”.
– Nie ma, to ona namówiła mnie na taką zmianę – dziewczyna wróciła do tematu. Tu padło kolejne wymowne spojrzenie.

Kilka dni później Ian i Dan znowu zaproszeni do siebie przez przyjaciółkę. Po drodze zaopatrzyli się w czteropak piwa, a potem wdrapali się na trzecie piętro. Byli przyzwyczajeni do odwiedzin u niej, więc bez pukania weszli do mieszkania. Ian spodziewał się kolejnych dekoracji, ale z zaskoczeniem rozejrzał się dookoła. Pokój wyglądał całkowicie normalnie. Zniknęły koraliki, poduszki, zasłony i znalazł się nawet kot. Ruby siedziała na podłodze, wśród otwartych pudeł z jeszcze niedawno wywieszonymi dekoracjami, i płakała.
– Zdradziła mnie! – oznajmiła płaczliwie. -Z mężczyzną!
Obydwaj byli przyzwyczajeni do tego, że znajomości ich przyjaciółki trwają około dwóch tygodni. Nigdy nie zdarzyło się, by ktoś na dłużej zajął miejsce u jej boku i chociaż cała trójka o tym wiedziała, przyjaciele za każdym razem cierpliwie ją pocieszali i podawali chusteczki higieniczne.
– Chyba nie wystarczy nam czteropak – Ian westchnął i usiadł na podłodze obok zapłakanej Ruby.
– Niepotrzebnie wydałem pieniądze – mruknął Dan z rozdrażnieniem i wrzucił do jednego z pudeł komplet oryginalnych, chińskich pałeczek do jedzenia, które kupił specjalnie dla przyjaciółki. – Starczyłoby na całą zgrzewkę.
Dziewczyna roześmiała się przez łzy, a potem objęła ich za szyję i każdego pocałowała w policzek. Widać było, że przygnębienie i złość jej mijają.
– Najpierw musimy się tego pozbyć – oznajmiła, patrząc na pudła.
Jeszcze dwa takie stały w małej sypialni, która na szczęście powróciła do pierwotnego wyglądu. – A potem zamówimy pizzę z podwójną ilością sera. Największą, jaką będą mieli w ofercie, dokupimy kilka butelek piwa i obejrzymy mecz damskiej siatkówki.
– Mnie przekonałaś – Danny uśmiechnął się szeroko, a po chwili Ian mu zawtórował.
Na zabranie się za generalne porządki nie trzeba było długo ich namawiać. Mężczyźni od razu chwycili za pudła i wynieśli je na śmietnik, chociaż Ruby zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby odesłać albo odnieść rzeczy jej niewiernej dziewczynie. Dan nie dał jej czasu na przemyślenie tego, chociaż trochę było mu szkoda tych pałeczek.
Gdy już odkurzyli, pościerali kurze z szafek, nakarmili kota i umyli stertę brudnych naczyń piętrzących się w zlewie, zmęczeni opadli na kanapę.
Efekt sprzątania był naprawdę zadziwiający. Ian pomyślał, że mieszkanie przyjaciółki jeszcze nigdy tak nie lśniło.
– Chyba należy się nam jakaś nagroda – mruknął Dan, wymownie wsuwając telefon w dłoń Ruby. Dziewczyna numer do pizzerii, w której często jedli, znała na pamięć i mogła wyrecytować go w środku nocy. Zresztą, ich też dobrze tam znali. Dan i Ruby byli stałymi klientami.
– Poproszę tę, co zwykle, ale z podwójnym serem! – rzuciła do słuchawki i miała pewność, że zamówienie zostanie zrealizowane.

– Wieeesz, bo to złaa kobieeta byłaaa – oznajmił bełkotliwie Dan.
Ruby w tym czasie usiłowała nalać wina, bo piwo już dawno się skończyło, do kieliszka, ale lekko trzęsły jej się ręce, więc oblała siebie, Danny`ego i stolik. Ian już od prawie godziny drzemał z głową na oparciu kanapy.
– Ale niezła – zauważyła dziewczyna. Energicznie zamrugała powiekami, jakby to miało sprawić, że cały alkohol wyparuje z jej organizmu.
– Wnieeeśmy toast!
Na dźwięk tych słów nawet kot leniwie przyczłapał się z kuchni.

Wpis opublikowaliśmy 30 maja 2011

1801. Purple brown skylit streetlight

Zainspirowana muzyką[URL="http://www.youtube.com/watch?v=mgxnel1vn34"] Jamie Woon – Spirals[/URL] i [URL="http://www.youtube.com/watch?v=ozfdbeqafoy&feature=related"]Spirits[/URL]

Świat wirował, dokładnie jak gwiazdy, co dzień na nieboskłonie, niepowtarzalne, cykliczne, rozmywające się warkoczami błysków i świateł porównywalnych z piorunami. Kolejna walizka została wypakowana, kolejny obraz zawisł na ścianie przypieczętowany stłuczonym palcem, czego trzeba było się wystrzegać jak ognia w przypadku czerwonowłosej. Nie wolno jej było tracić panowania nad dłońmi, podczas kiedy była związana kontraktem z wytwórnią płytową. Czarny Stradivarius w pudle na ciemnowiśniowej komodzie, tęsknie spoglądał na dziewczynę, kiedy ta krzątała się po ciemnym, skąpanym nocną poświatą mieszkaniu. Dziś o dziwo nie bała się ciemności. Z lampką białego wina, rozrzucanymi na powierzchni hebanowego stolika w salonie zielonymi jabłkami przypatrywała się zachodzącym zmianom, za oknem mieszkania, które wynajmowała już ponad rok. Nadal w Nowym Jorku znajdowała schronienie i mimo garstki znajomości i jeszcze mniejszej liczby przyjaciół było jej tu wyśmienicie. Odnajdywała się tu, mimo że często coś gubiła, czuła się dobrze w otoczeniu gwarnych ulic, dużych, sieciowych sklepów i mimo denerwującego ją przepychu wokół i pogoni za pieniądzem i nowoczesnością miasta miała właśnie tutaj własny kąt.

Bezpieczny azyl. Nikt nie czepiał się jej późnych powrotów do domu, kiedy bankiet po występie teatralnym kończył się o 4 nad ranem. Nikt nie narzekał, że jej szpilki są porozrzucane po podłodze w przedpokoju i nie miał pretensji o ciągłe jadanie tych samych posiłków na przemian, do znudzenia i rozstawianie miseczek w różnym miejscu w mieszkaniu. Uciążliwe było życie w pojedynkę, szczególnie dla Amelie, osoby panicznie bojącej się samotności. Jednak samotne mieszkanie w centrum Nowego Jorku miało też plusy. Nie zawsze miała czas na luźne rozmyślania, o tym, że jeszcze nie ułożyła sobie tak naprawdę życia uczuciowego, ani nie zawsze miała okazję do wyspania się we własnym łóżku w sypialni na poddaszu. Kierowanie sobą Ann zawsze uważała za najtrudniejszą w życiu rzecz do zrobienia. I co gorsza należała tylko do niej, nikt inny nie mógł kształtować za nią jej osobowości, temperamentu i nikt nie mógł zamykać za nią ust, kiedy wzburzona o mały włos nie powiedziałaby kilka słów za dużo czy też nikt za nią nie pozwoliłby jej płakać, kiedy nagle przypominała sobie, jaka jest nieszczęśliwa bez miłości.

Nieszczęśliwa nie była, bynajmniej. Była zagubiona i pusta, niekiedy jak porcelanowa laleczka. Robiła to co jej kazano, jadła to co popadło i sypiała byle gdzie, tylko po to by nazajutrz móc funkcjonować. Nadal bawiły ją zakupy, satynowe sukienki bez pleców, zaborcze spojrzenia mężczyzn, kuszące układanie ust muśniętych czerwoną pomadką w zalotny uśmiech, rozczesywanie czerwonych włosów noszących zapach cytrynowego szamponu oraz randki, podczas których ani razu skamieniałe serce nie zabiło szybciej.

W teatrze znajdywała ukojenie. Kurtyna opadała, lub rozsuwała się, a wtedy Ann zależnie od odgrywanej roli zamieniała się w kobietę – vampa, pijawkę ciągnącą pieniądze z konta swojego teatralnego męża i wodząca go za nos, kobietę -pozbawioną jakiegokolwiek sensu życia kiedy odgrywała rolę samobójczyni owładniętej depresją od lat, kobietę – kochającą szczęśliwie i szczęśliwie rodzącą dzieci. I przychodziły chwile, kiedy ukojenie znikało, a przychodziła pustka jej życia. Zmiana ubrań w biegu, kilka rozmów ze scenarzystą, jedna wizyta u mentora. Kolejna premiera, kolejny bankiet. Wczesnym rankiem, w wolny weekend, należy dodać, że jeden z niewielu, jeśli takowy się zdarzał, Amelie była skazana na zderzenie z rzeczywistością, która nie była tak kolorowa jak sukienka na bankiecie.

W filharmonii wyciszała się. Kiedy chwytała za gryf hebanowego Stradivariusa przestała istnieć dla świata. W żyłach płynęła muzyka, palce zgrabnie przyciskały delikatne struny do gryfu, kiedy druga, blada dłoń szarpała je za pomocą smyczka. Ni słyszała oklasków, dobiegających z loży, niekiedy nie widziała nut na zwojach kartek stojących przed nią. Grała z pamięci, oddając całą siebie. I wtedy, po koncercie przychodził czas, kiedy okazywała się kobietą pustą. Wyzutą z wszelkich emocji, spiętą, zmęczoną. Zapomniała, że emocje należy dozować, w wariackiej, pięknej grze na skrzypcach wyładowywała i wypuszczała z siebie wszystkie uniesienia. Afekt ulatywał jak powietrze z przebitego balonika.

Dzisiejszej nocy, wpatrując się w szeleszczące, młode listki buku za szybą, zbitego z surowym obliczem ulicy, na której stała jej kamienica, jedna z setek takich kamienic, zbudowanych z czerwonej cegły, uzmysłowiła sobie, że naprawdę jej czegoś brakuje. Czego?
Nie odwróciła się by zerknąć na obraz, nad komodą. Nie musiała. Widziała go oczami wyobraźni. Ciemnoczekoladowe włosy w nieładzie i tęczówki koloru deserowej czekolady spokojnie wpatrujące się w obiektyw aparatu. Obok mężczyzny, drobna kobieta, której szafirowe oczy z zaufaniem spoglądały na aparat, przyzwyczajone do obecności obiektywu, jednak nie na tyle by czuć się w stu procentach komfortowo. Tym razem jednak, ufała fotografowi. A raczej jemu i jego wyczuciu. Pamiętała, że owe zdjęcie wiszące nad meblem w centralnej części jej salonu, zdjęcie przedstawiające Iana – jej najlepszego przyjaciela i ją samą wykonane zostało przypadkiem, podczas jednego ze spacerów w Central Parku. Pamiętała też, że była bliska zakochania w tym człowieku, co nie oznacza, że oddałaby mu serce. Jedną jego część już miał. Zabrał ją ze sobą podczas pierwszego zdjęcia jakie zrobił czerwonowłosej w filharmonii. Podczas, gdy się poznali. Nie musiała mieć całego jego serca, by kochać go jak przyjaciela. Czasami nawet bratam, któremu nie przeszkadzała jej pokręcona historia.
Nie brakowało jej jednak miłości Iana, której nigdy nie mogłaby mieć. Nie brakowało jej ojca, który prześladował ją do zeszłego roku. Brakowało jej owszem matki i siostry, które zginęły w wypadku, ale nie by nie mogła zaczerpnąć oddechu.
Brakowało jej… Czego? Miłości? Akceptacji? Uczuć? Mimo że nawet tych sprzecznych, to jednak prawdziwych i głębokich? Brakowało jej tego. Zdecydowanie. Brakowało jej tak naprawdę życia. Rozchylenia powiek i dostrzegania barw. Nie imitacji. Nie wstawania rano i czucia bezbrzeżnej pustki, otulającej ją jak jej własna skóra. Chciała się tego pozbyć.

Odłożyła kieliszek na szeroki parapet, żegnając wraz z wypitym winem wszelkie wspomnienia. Pochowała je w sercu, razem z pamięcią o matce i siostrze. Nie pochowała Iana ani żadnego z jej przyjaciół. Nie pochowała chęci życia pełną piersią. Oparła czerwonowłosą głowę o szybę z gorącą prośbą do siebie samej. Prosiła o życie. Prawdziwe życie, które rozbrzmi w niej jak muzyka, rozetli płomień na nowo, rozkwitnie w jej sercu jak wiosna.

Bardzo proszę o zmianę zdjęcia na to: [URL="http://img38.imageshack.us/img38/3918/suzanka.jpg"]klik[/URL] [Zdjęcie autorstwa Susan Coffey]
I przepraszam najmocniej za nieobecność! I zaleganie z notką. Już nadrabiam *perskie oko*

Wpis opublikowaliśmy 4 maja 2011

1800. Powrót do przeszłości

Nawet puste pomieszczenia zachowywały w sobie cząstkę życia, jakby po zastawionej niepotrzebnymi szpargałami przestrzeni krążył duch ich właściciela i niczym złośliwy poltergeist, na każdym kroku coś poruszał i przestawiał. Tykanie zegarów, z których każdy żył swoim życiem i wskazywał inną godzinę, przywodziło na myśl trzepoczące się w klatce żeber serce, które porzuciło spokojny rytm i mocne, pewne uderzenia na rzecz chaotycznych podrygów i szaleńczego wręcz tańca. Pożółkłe firanki unosiły się, zaczepiane przez nie wiadomo czym spowodowane ruchy powietrza. Co jakiś czas coś bulgotało w rurach, meble wydawały dziwne odgłosy podobne do niepewnego skrzeku, a zamknięte w szafkach talerze szczeknęły cicho.
Śpiący na szafie kot leniwie otworzył złote oko, kiedy do jego wrażliwych uszu doleciał charakterystyczne szczęk zamka. Niespiesznie wstał i przeciągnął się, prężąc grzbiet, po czym traktując wszelkie półki i szafki jak niezbyt dobrze zaprojektowane schody, skacząc z jednych na drugie, miękko wylądował na dywanie i znalazł się w przedpokoju dokładnie w tym samym momencie, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i do pomieszczenia wpadła prawdziwa bomba dźwięków o różnej tonacji i częstotliwości. O dziwo niesamowicie szybko wkomponowały się one w cichą melodię pozostawionego na pastwę losu mieszkania, które wbrew pozorom nie przycichło, a jedynie dostroiło się do nowego instrumentu, który zawitał w jego progach.
– Wchodź i nie marudź! – oznajmiła Inez, wpychając dawno niewidzianego przyjaciela do środka. Początkowo ten nieco protestował, uważając, że nie chce jej przeszkadzać, w końcu na pewno miała już na dziś plany, lecz kiedy po raz kolejny próbował wygłosić podobną przemowę, brunetka po prostu zatkała mu usta dłonią, dłużej nie mogąc tego znieść.
Obecnie blondyn rozejrzał się po wnętrzu, z miejsca w którym stał zaglądając do tych pomieszczeń, do których było to możliwe i z zadowoleniem stwierdził, że nic się tutaj nie zmieniło. W końcu odkąd Inez zrezygnowała z pracy w pogotowiu, widywał ją naprawdę rzadko, nie wspominając już o wizytach w jej przybytku.
– Chase, nie zachowuj się, jakbyś był tutaj po raz pierwszy! – strofowała go i lekko trzepnęła w ramię. – To, że dawno ze sobą nie rozmawialiśmy, wcale nie znaczy, że nagle stałeś się obcym człowiekiem. Już! Śmigaj na kanapę, a najlepiej wcześniej wyciągnij z naszej ulubionej szafki wino! Ja zaraz wracam! – oznajmiła i zniknęła w kuchni, chcąc znaleźć w czeluściach lodówki coś jadalnego. Chłopak jedynie uśmiechnął się pod nosem. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wykonać polecenia energicznej przyjaciółki, która na dodatek postanowiła wyładować się właśnie na nim. Ale czy u samego Chase’a coś się zmieniło? Jego zachowanie mogło na to wskazywać, w końcu za dawnych dobrych czasów już od kilku minut leżałby na kanapie, pokrzykując na Nezię, by ta się pospieszyła. A teraz? Teraz dłuższą chwilę zajęło mu przypomnienie, gdzie też brunetka trzymała alkohole, a kiedy wreszcie doznał nagłego olśnienia, była pani ratownik zdążyła pojawić się w salonie z talerzem kanapek w jednej dłoni i miską pełną chipsów w drugiej.
– Człowieku, co się z tobą dzieje… – westchnęła, lekko kręcąc głową. – Na dodatek się nie odzywasz. Normalnie trajkotalibyśmy jedno przez drugie. Ja to zaraz na prawię! – powiedziała dobitnie i niewiele myśląc, gwałtownie posadziła blondyna na kanapie, w ekspresowym tempie wyciągnęła wino z wspomnianej wcześniej magicznej szafki i nalała trunku do przygotowanych wcześniej kieliszków, jeden z nich wręczając mężczyźnie. Usiadłszy koło niego, przybrała naprawdę groźną minę i dźgnęła go palcem w pierś.
– Co jest, Chase? Widzę, że chcesz mi coś powiedzieć i nie bardzo wiesz, jak się do tego zabrać. Więc proszę bardzo, ja ci w tym pomogę – powiedziała i uniosła brwi, czekając, aż zaatakowany przez nią towarzysz raczy wreszcie coś z siebie wykrztusić.
– Widzisz, bo ostatnio widzieliśmy się jakieś dwa miesiące temu… I od tego czasu sporo zdążyło się zmienić – wydukał i upił kilka łyków wina.
– Coś nie tak z Heather? – wtrąciła Inez, sunąc wzrokiem po twarzy przyjaciela. Pamiętała, że opowiadał jej o nowo poznanej dziewczynie i był nią wręcz zachwycony. Delikwentka była od niego młodsza o trzy lata, studiowała architekturę i była posiadaczką orzechowych oczu. Tyle panna Grant zdołała wtedy z niego wyciągnąć i trzeba przyznać, że była o Chase’a nieco zazdrosna, bo tez między innymi z powodu jego nowego obiektu westchnień mieli dla siebie zdecydowanie mniej czasu, ale cóż zrobić? Taka była kolej rzeczy.
– Wręcz przeciwnie. Zaręczyliśmy się – mruknął Chase, spoglądając niepewnie na brunetkę. Co prawda na jego twarzy powinien widnieć ten charakterystyczny głupkowaty i przepełniony szczęściem uśmiech, za który Grant go uwielbiała, ale najwidoczniej blondyn obawiał się jej reakcji. Pytanie tylko, dlaczego? Przecież nie zamierzała go zjeść!
Nim dotarł do niej sens słów przyjaciela, minęło kilka długich sekund. Inez zdążyła zamrugać kilkakrotnie i szeroko rozdziawić buzię, myśląc, że w ten sposób pomoże oszalałym neuronom przekazywać impulsy do najważniejszych części mózgu. Dopiero gdy z trudem przetworzyła tą informację, mogła okazać, jak ona na nią wpłynęła.
– Jaja sobie robisz?! – fuknęła, lecz kiedy zobaczyła jego zbolałą minę, z rozbawieniem pokręciła głową i uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Chase, to cudownie! – pisnęła, zawieszając się na szyi zszokowanego chłopaka. Nie miała zamiaru go udusić, jednak blondynowi i tak zabrakło tchu i zmuszony był odsunąć od siebie Inez, która z powodu nagłego wzrostu poziomu endorfin w organizmie wyglądała jak nakręcona zabawka.
– Cieszysz się?
– A co, mam płakać?! Chase, głupku! Oczywiście, że się cieszę! I niby dlaczego miałabym się nie cieszyć? – spytała, zerkając na niego podejrzliwie. W odpowiedzi zapytany jedynie wzruszył ramionami i uśmiechnął się niewinnie. W tej chwili nie chciał wspominać o tym, że w ostatnim czasie ich kontakty nieco się rozluźniły i naprawdę nie wiedział, czego mógł się po niej spodziewać. Poza tym zdawał sobie sprawę z tego, iż nastąpiło to poniekąd z jego winy, a Inez zachowywała się, jakby nic się nie stało i nie czyniła mu wyrzutów. Czyżby to trochę go zabolało? Owszem. Właśnie zorientował się, że nie powinien tak po prostu zapomnieć o osobie, którą znał już dobrych parę lat. Na dodatek była to osoba, na którą zawsze mógł liczyć, bez względu na swoje zachowanie i rzekomo poluźnione kontakty.
– I mam do ciebie prośbę, a właściwie propozycję. Wiem, że może nie ja powinienem o to spytać, ale… Pan młody powinien mieć swojego drużbę, a ty z racji na płeć nie spełniasz pełnych wymogów… – mruknął i uśmiechnął się uszczypliwie, za co został zdzielony w ramię – …ale Heather byłaby wniebowzięta, gdybyś została jej druhną.
– Teraz na prawdę robisz sobie jaja. Prawda? – mruknęła, zamierając w dość komicznej pozie.
– Nie, nie robię sobie jaj, bo już takowe posiadam i druga para byłaby mi niepotrzebna – stwierdził, z trudem powstrzymując śmiech, lecz sama Inez nie zwróciła uwagi na to jakże zgrabnie sklecone zdanie. Zajęła się opróżnianiem swojego kieliszka, który po chwili uzupełniła winem i po raz kolejny opróżniła.
– To jak, zgadzasz się?
– Zgadzam…! – czknęła cicho, nie wypuszczając z rąk kieliszka. Wszystko wskazywało na to, że otrzymała za dużo ważnych informacji na raz. A wino miało jej pomóc w efektownym uporaniu się z tym wszystkim.

****

Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych. Inez obudziła się w nogach własnego łóżka; pozostałą część zajmowali Chase i Leon. W jej głowie pobrzękiwało nieznośnie tłuczone szkło, które przesypywało się z miejsca na miejsca przy najdrobniejszym nawet ruchu. Kac morderca nieznający litości…
– Śpisz? – jęknęła, stopą szturchając chłopaka w brzuch. Nie była w stanie dosięgnąć go w inny sposób. Pełen niezadowolenia pomruk oznajmił jej, że Chase bynajmniej nie spał, stąd Inez powoli uniosła się na łokciach i zerknęła na niego, walcząc z zawrotami łowy.
– Bez brawury! Nie wykonuj tak gwałtownych ruchów – wymamrotał, obserwując poczynania brunetki spod lekko uchylonych powiek.
– Z tego wszystkiego zapomniałam wczoraj spytać o jedną ważną rzecz…
– Jaką?
– Znajdzie się dla mnie miejsce w pogotowiu?
– Pewnie, że się znajdzie. To wszystko? Na pewno? Więc chodźmy dalej spać, błagam…
– Jak sobie życzysz…
I tak przez resztę popołudnia w łóżku panny Grant można było natknąć się na dwa trupy. A w zasadzie trzy, wliczając w to kota, który dzielnie drzemał wraz ze skacowaną parą. Raz tylko wstał, domagając się jedzenia, co oznajmił głośnym miauczeniem, ale zdzielony poduszką, uznał, że dzień głodówki raczej mu nie zaszkodzi. Przecież nawet koty muszą dbać o linię!

****

Od opisanych powyżej wydarzeń minął tydzień. Tydzień spędzony na nadrabianiu dwumiesięcznych zaległości, a także poznawaniu Heather, która okazała się całkiem przyjemną osóbką. Bez wątpienia pasowała do Chase’a i w razie konieczności potrafiła sprowadzić go na ziemię, co Inez nigdy się nie udawało, więc bardzo dobrze, że znalazł się ktoś taki. Kto wie, może za jej pomocą sama brunetka zostanie kiedyś okiełznana? Cóż, trudno powiedzieć, czy narzeczona blondyna byłaby w stanie temu podołać. Skoro do tej pory nikomu się nie udało?
Jakkolwiek Inez nie myślała o ślubie, który para planowała dopiero za rok. Zajęła się odkurzaniem swoich wspomnień i nie tylko. Zamierzała wprawić w ruch te trybiki, o których istnieniu do niedawna nie pamiętała i jej powrót do pracy stał się już czymś oczywistym. Pod koniec semestru wystarczyło jedynie uporać się z wszechobecną biurokracją i przenieść się na studia zaoczne, reszta powinna pójść już o wiele łatwiej. Ciążyła jej jednak jeszcze jedna niezałatwiona sprawa. A raczej osoba, z którą to wiązało się naprawdę dużo nierozwiązanych problemów.
Matka Inez, którą kobieta siłą sprowadziła do miasta jakieś pół roku temu. W przeciągu tego czasu Grant widziała ją zaledwie raz, podczas świąt. Nie utrzymywały ze sobą kontaktu i brunetka zbytnio z tego powodu nie ubolewała, dobrze wiedząc, że tak będzie dla niej lepiej, niż gdyby miała dodatkowo zajmować się problemami stwarzanymi przez rodzicielkę. Ostatnio jednak doszły ją słuchy, że kobieta sobie nie radzi, a zaborczy mąż i zarazem ojciec Inez coraz częściej się jej naprzykrza. Czy oni naprawdę nie mogli raz, a porządnie z tym wszystkim skończyć? Rozwód w dzisiejszych czasach na prawdę nie był niczym strasznym, a dzięki temu każda ze stron konfliktu (których w ich przypadku były aż trzy) miałaby wreszcie święty spokój. Czyżby to Inez miała być osoba, która wreszcie to wszystko zakończy? Która raz na zawsze rozbije ich chorą rodzinę, po tym fakcie zachowując się, jakby jej członkowie nigdy nie istnieli?
Brunetka uśmiechnęła się pod nosem, stojąc przed drzwiami mieszkania, które było własnością kobiety obecnie zajmującej je myśli. Wiedziała, że jeżeli zapuka i przekroczy próg, będzie musiała zmierzyć się ze wszystkim, co już nie raz do niej powracało, a co za każdym razem od niebie odpychała. Wszystkie jej dotychczasowe działa sprowadzały się jedynie do tego, by odsunąć problem na dalszy plan. Wydawało jej się jednak, że warto. Warto rozwiązać coś, co ciągnęło się za nią przez cały życie jak złośliwy cień.
Zapukała. A kiedy drzwi powoli się otworzyły, chcąc nie chcąc wróciła do czasów, o których istnieniu nie chciała pamiętać. Przeszłość stanęła przed nią w całej swej okazałości.

Wpis opublikowaliśmy 1 maja 2011

1799. Julia Wodianowa

Bladożółty tynk unosił się na wietrze przez długi czas, wirując wśród ulotek głoszących możliwość wzięcia kredytu w jakimś pomniejszym moskiewskim banku – jak gdyby mieszkańcy Złotej Mili miewali problemy z budżetem! – aż w końcu opadł bezszelestnie u stóp wielopiętrowej kamienicy. Jej puste oczy spoglądały na skąpaną w słońcu Ostożenkę tak gniewnie i wymownie, że reszta budynków zdawała się chować w cieniu, jaki łaskawie roztaczała wokół, a trzeba przyznać, że były od niej mimo całego swego symplicyzmu nie mniej okazałe.

- Niezaprzeczalnie martwa. – Funkcjonariusz podniósł się z kolan i otrzepał je z pyłu, nie omieszkając odziać twarzy w triumfalny uśmiech. Właściwie mógłby to stwierdzić i bez wtykania palców w miazgę tkanek w celu wybadania pulsu; skok z dachu wielopiętrowego budynku na wypaczony krawężnik jest powszechnie – i całkiem słusznie – uważany za trudny do przeżycia, szczególnie jeśli krawężnik ten feralnie podłoży się jednej z kości czaszki.

- Zabiła się?

- Zdecydowanie bardziej możliwe niż to, że ktoś ją z tego okna wypchnął, szczególnie że ojciec nie wiązał z nią szczególnych planów. – Jekaterina prześlizgnęła się pod milicyjną (wtedy jeszcze) taśmą i odpaliła papierosa. – Poza tym była dostatecznie wykończona.

Matka Jekateriny była bodaj najtragiczniejszą postacią, z jaką ta kiedykolwiek miała do czynienia. Nie, żeby wzbudzała w niej jakieś szczególne współczucie, ostatecznie sama była w nie lepszej sytuacji (doprawdy życie z Jewgienijem, nawet jeśli nie miał on w zwyczaju bywać w domu zbyt często, nie należało do łatwych ani nawet przyjemnych). Była raczej żałosna w swojej niemocy, ot.

Ogólnie rzecz biorąc (naprawdę ogólnie!) moc rodzica w domu rodzinnym Jekateriny była mocą przede wszystkim instytucjonalną, nawet jeśli jej ojcu – w żadnym wypadku matce, która jako kobieta ubezwłasnowolniona nie miała prawa głosu – zdawało się inaczej. Model stosunków, jaki sam starał się wypracować, a który uważał przy tym za jedyny słuszny, opierał się głównie na uciążliwym w skutkach dążeniu do bycia respektowanym i na czymś, co jest bezsprzecznie głównym elementem wychowania w Rosji, czyli głębokim oddaniu tradycji. Warunkiem koniecznym do umiarkowanie spokojnego bytowania było wyzbycie się zdolności koncypowania na rzecz zaspokajania chorych ambicji Jewgienija – zważając na fakt, iż miało się dostęp jedynie do ściśle określonych wzorców, nie było to rzeczą trudną, choć bez wątpienia wymagało pewnej dozy pokory i cierpliwości nie tylko do despotycznego ojca, ale też niewąskiej grupy jego wspólników.

Zdarzało się, szczególnie jeśli jeden z licznych interesów bratwy ponosił fiasko, że Jewgienij wpadał do pokoju którejś z córek i zrywał ją z łóżka, po czym lał do oporu. Matka najczęściej stała w drzwiach i płakała. Nie należała do kobiet silnych, czy chociażby zdolnych do poświęcenia w imię jakichkolwiek wyższych racji, Jekaterina z kolei nie należała do kobiet (może raczej dziewczyn) szczególnie wyczulonych na ludzkie cierpienie. Bardziej niż krzyk bezsilnej Nikity przerażała ją prostacka w gruncie rzeczy mentalność Jewgienija i kompletny brak polotu jego działań – później miało się to zmienić, jednakże fakt ten pozostawał i najprawdopodobniej pozostanie bez znaczenia.

Wtedy jeszcze bez większych – może nawet jakichkolwiek – wyrzutów sumienia wychodziła z domu i udawała się w kierunku Placu Czerwonego. Wypadów do Rublowki (o czym później) od pewnego czasu unikała, poza tym daleko było z Ostożenki do zachodnich przedmieść Moskwy. Za nią, jak cień, udawał się Michaił Kuzniecow, zwany przez Jewgienija kajuszczijsia. Nie pytała nigdy o tło tego przydomku, zresztą – niewiele ją to obchodziło. Soldat, tak z reguły mówiło się o ludziach, którzy w zamian za bajońskie sumy godzili się sprawować pieczę nad zdrowiem czy życiem rodzin założycieli i co ważniejszych członków grup mafijnych. Płotki chroniły się same, poza tym – nie miały rodzin.

- Nie miej takiej miny. Może mu się odmieni, jak ją zobaczy. – Misza podążał za nią uparcie, chociaż była pewna, że nie zatrzymywało go przy niej nic poza ciekawością. Ostatecznie nawet w Rosji samobójstwo żony nieuchwytnego (ha! czego to ludzie nie wymyślą) mafiosa nie przejdzie bez echa, przynajmniej w pewnych kręgach.

Kuzniecow był trzecim takim soldat Jekateriny. Pierwszego niemalże nie pamiętała, podobno ktoś zastrzelił go w Kuncewie, drugi natomiast zniknął, kiedy miała czternaście lat. Michaił pojawił się w dwa dni po tym i jedyne, na co zwróciła wtedy uwagę, to spojrzenie, którym obrzucił Jewgienija, gdy ten z niemałym rozbawieniem określił go kajuszczijsia. Nigdy nie podjęła próby nazwania tego, co się w tym spojrzeniu kryło – bo po co? I tak by się jej nie udało.

Wychodził za nią zawsze, acz – w przeciwieństwie do swych poprzedników – nie ukrywał, że zna każdy jej krok i każde z miejsc, w których bywa. Raczej też nie zbliżał się do niej na odległość mniejszą niż kilkanaście metrów i w ogóle nie odzywał, a przecież Jekaterina odnajdowała głęboką przyjemność w słuchaniu ludzi. Niekoniecznie ciekawiła ją treść merytoryczna, jaką starali się jej przekazać, lubiła raczej utwierdzać się w świadomości życia pośród intelektualnej miernoty. Dlatego milczenie Michaiła było tak irytujące, że w końcu – na przekór wszystkim swoim wcześniejszym doświadczeniom ze wspólnikami ojca, którzy nie mieli w zwyczaju odejmować kobietom prawa do bycia ofiarą przemocy, jakiejkolwiek przemocy – w wyjątkowo chaotyczny sposób się na niego… rzuciła? Później długo zastanawiała się nad tym, czy nie uderzył jej przez wzgląd na Jewgienija, czy może osobiste zasady, mentalność. Wtedy jednak uciekła bez słowa. Nigdy wcześniej nie było jej chyba tak źle.

Zważywszy na to, jaką osobą była, towarzyszące jej uczucie uznać można za co najmniej dziwne.

Okres jej znajomości z Michaiłem był przede wszystkim okresem poczucia winy, a to z kolei było efektem powolnego docierania do elementów świadomości, które uważało się wcześniej za zbędne, zasługujące na całkowitą i nieodwracalną atrofię (i słusznie, posiadanie w sobie empatii, nawet nabytej, jest wyjątkowo kłopotliwe). Percepcja ulega przejaskrawieniu; począwszy od mentalnej deprywacji, przez podleganie Jewgienijowi, na bliźnie z dziewięćdziesiątego ósmego kończąc, wszystko, co związane było z jego osobą, na gwałt stało się bolesne. No, może nie na gwałt – ostatecznie ich znajomość trwała jakieś pięć lat. Kuzniecow, chcąc uczulić ją nacierpienia bezprizornych i tym podobnych patałachów, najwyraźniej źle ukierunkował swoje działania.

Pieprzone odejście od dekadentyzmu.

W niedługim czasie przyjaciel i mistrz anhedonii, jeden z nielicznych mężczyzn i ludzi w ogóle, których uważała za godnych uwagi, stał się bohaterem ckliwej historyjki, której główna – i jedyna – bohaterka ulega w końcu urokowi (bo o miłości nie ma co tutaj mówić) postaci o wybitnie ojcowskich (cóż, tego nie mogła się spodziewać), demonstrowanych najprawdopodobniej jedynie wobec niej skłonnościach. Kim jest istota, której czyny są agonią? Kim może być mężczyzna, który – niewątpliwie świadomy konsekwencji – zobowiązuje się na własną rękę pozbawić Jewgienija córki, w której ten pokładał największe nadzieje, narażając nie tylko ją, ale i siebie na zgubne skutki odarcia obojga z pewnego rodzaju przynależności? Domu wora w zakonje nie opuszcza się ot tak, z czystą kartą. Opuszcza się go wraz z całą jego historią i kartoteką mafii, jej dokonaniami i porażkami, katalogiem znajomo brzmiących nazwisk, a wreszcie – gdzieś na szarym, szarym końcu – osobistymi doznaniami, któych bynajmniej nie można uznać za pozytywne.

Po raz ostatni widziała Michaiła w wieku dziewiętnastu lat na lotnisku Moskwa-Szeremietiewo, gdzie też jego imię nabrało innego niż dotychczas, zbaczającego w pejoratywne obszary wydźwięku. Również później okresy szaleńczego uwielbienia przeplatały się z trwaniem w nienawiści do człowieka, który pozbawił ją… no, nie oszukujmy się, wszystkiego, aczkolwiek należy przyznać, że zrobił jej tę przyjemność i załatwił lewe dokumenty. Może warto było zostać? Może na nic zdał się cały ten autodestrukcyjny trud Kuzniecowa, skoro w Nowym Jorku była dokładnie nikim. Może jej ojciec miał rację, może szowinizm był jedyną racjonalną ideologią. Może jej miejsce było w Rosji – pośród milionów bezprizornych, gdzieś pomiędzy interesami a łóżkiem bliżej nieznanego brigadiera.

- Wiesz, Misza. Nigdy za nią nie przepadałam.

[URL="http://i53.tinypic.com/jp8utj.png"]Julia Wodianowa[/URL] , 27, lekarz medycyny sądowej; zdjęcie autorstwa Laury Zalengi

Raz jeszcze. (;

Wpis opublikowaliśmy 25 kwietnia 2011

1798. They cut the piece out of me…

Piątek, przed Wielkanocą…

Godz. 14.27

Nowy Jork kwietniową porą potrafił być naprawdę piękny. Wśród miejskich gmachów i szarzyzny ulic wyraźnie zarysowywała się zieleń, pojawiająca się na skwerach, placach zabaw czy parkach. Gdzieniegdzie można było usłyszeć nawet śpiew ptaków, zabłąkanych w miejskiej dziczy. Wszystko było bardziej kolorowe. Mieszkańcy zrzucili z siebie ciężkie płaszcze i grube kurtki i zamienili je na lżejsze ubrania w żywszych kolorach. I jakoś chętniej się uśmiechali. Wśród tłumu pędzącego w różne strony można było zauważyć postać Johanny Wallander. Okrągła twarz w ramie rudych włosów, równo przyciętych tuż nad linią łopatek. Niebieskie oczy w obramowaniu czarnej konturówki i czarnego tuszu. Dość wysoka, ubrana w elegancki ciemnobrązowy płaszcz, który rozpięty ukazywał czarny kostium. W ręku ściskała telefon komórkowy, co i rusz wystukując na nim jakiś numer i łącząc się z rozmówcą.
- Niech mnie Brown zeżre żywcem, a potem wyrzyga, nie obchodzi mnie to! Jestem w cholernym Nowym Jorku, nie w Ystad, arivederci! – Wrzasnęła uroczo do telefonu i wsunęła komórkę do kieszeni eleganckich spodni na kant. Taki język nie przystoił kobiecie, tym bardziej kryminalistykowi, ale Johanna nie należała do typowych przedstawicieli NCIS. Odetchnęła głęboko i ruszyła w stronę budynku Marynarki Wojennej, a zaledwie kilka metrów później jej telefon zadzwonił ponownie. Już miała bezlitośnie zbesztać tego, kto ośmielił się zakłócać jej cenny czas, ale zobaczywszy na wyświetlaczu numer żłobka, do którego uczęszczała Kadee, zesztywniała z niepokoju i natychmiast odebrała… Kolejne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie, chociaż Jo jeszcze dłuższą chwilę miała nadzieję, że to pomyłka. Kadee, wypadek, szpital, Kadee, wypadek, szpital… KADEE, WYPADEK, SZPITAL, SZYBKO, KREW…

Godz.20.04

To wszystko było niczym sen. Koszmarny, surrealistyczny sen, z którego Jo nie mogła się obudzić, chociaż próbowała wszystkimi możliwymi sposobami. Jak to może być możliwe, że dwuletnia dziewczynka spada ze schodów, uderzając główką o kant schodu, będąc w tym czasie pod niby fachową opieką wykształconych i podobno odpowiedzialnych ludzi?
Jak to jest możliwe, że lekarze nie potrafią pomóc jej dziecku, bo ich zdaniem, Kadee już nigdy nie odzyska zdrowia?
Johanna patrzyła na wszystko jakby przez szybę. Szybę łez i cierpienia matki. Jej najukochańsza, maleńka córeczka leżała w plątaninie kabli i przewodów, które nie tylko monitorowały jej stan, ale co gorsze, podtrzymywały jej wątłe życie, które miało najszczerszy zamiar ulecieć tam, skąd przybyło?

- Wiem, że to dla pani trudne, pani Wallander, ale Kadee już nigdy się nie wybudzi… Ona tak naprawdę już nie żyje, jej mózg przestał pracować w momencie uderzenia o beton…

Jej Kadee nie żyje… Nie żyje. Nie ma jej… To śliczne ciałko nie było już jej dzieckiem, tylko bezużytecznym workiem kości i narządów… Jo nie pamiętała jak długo leżała na szpitalnej podłodze, nie mając siły na cokolwiek… Swiadomość wróciła jej dopiero wtedy, gdy na powrót znalazła się w salce, gdzie leżała Kadee. Mimo tego, że władowano w jej żyły końską dawkę środków uspokajających, po twarzy Szwedki spływały łzy. Bez słowa położyła się obok córeczki i gładząc jej buzię, zaczęła do niej mówić:
- Kadee, wiesz jak mamusia bardzo Cię kocha, prawda? I wiesz, że mama zawsze chce dla Ciebie najlepiej, więc posłuchaj mnie, koteczku… Jeśli zobaczysz przed sobą cokolwiek, światło czy korytarz to nie bój się i idź w jego stronę. Nie musisz się bać, bo nie stanie Ci się krzywda… Nie będzie Cię nic boleć. Twoja mała duszyczka nie może zostać tutaj, chociaż mamusia bardzo by chciała. Tam, dokąd trafisz będzie dużo aniołków, które będą Cię bardzo kochać. Będzie tam też twoja pierwsza mama, ta która mi Cię dała. Ona też bardzo Cię kocha. A pewnego dnia, może już całkiem niedługo, ja również do Ciebie przyjdę, obiecuję. O mnie się nie martw, ja sobie poradzę, tobie nie wolno już tutaj być, musisz iść do Bozi, bo on Ci kazał przyjść…
Co kilka słów Jo wybuchała płaczem. Nie mogła powstrzymać łez, chociaż wierzyła, że jeśli komuś po śmierci nie pozwoli się odejść, to ta dusza zostaje uwięziona na ziemi i cierpi. Kochała Kadee, więc musiała pozwolić jej iść…

Sobota, godz. 8.23

- Pani Wallander, na oddziale kardiologicznym jest mały chłopiec, trzyletni. Od wielu tygodni czeka na przeszczep serca… Pani i Kadee możecie dać mu szansę na nowe życie…

- Chcemy też pobrać nerki i wątrobę

- Jej rogówki mogłyby posłużyć komuś przez wiele lat…

Godz. 21.26

Już było po wszystkim. Pobrano Kadee wszystkie potrzebne narządy, a jej ciałko oddano do krematorium. Nic nie zostało z osóbki, która jeszcze dwa dni temu biegała po mieszkaniu i wołała ‘mamo’ do Jo. Rudej wydawało się co chwila, że słyszy wołanie córeczki, ale wołanie cichło. Cichło, aż w końcu w mieszkaniu panowała już tylko cisza, zakłócana przez szloch osieroconej matki i kapanie łez na kolorowe, dziecinne ubranka…

…..
Wiem, sama się popłakałam…

Pierwsze święta bez Ciebie, tęsknię tak bardzo…

Wpis opublikowaliśmy 23 kwietnia 2011

1797. Szklana

Siedząc między młodym mężczyzną, oraz starszą kobietą, u której szczytem elegancji okazały się klipsy z szkiełkami imitującymi diamenty; unosiła głowę do góry, by nabierając powietrza, nie zadławić się perfumami, które były używany w nadmiarze przez najbliższych sąsiadów.
Na szczęście przy najbliższym przystanku kobieta o błyszczących ozdóbkach na uszach wysiadła, a ona mogła usiąść wygodniej, nie czując się już jak sardynka w puszce. Zerknęła przez ramię sąsiada, by spojrzeć na strony czasopisma, które przeglądał.
– Piszą coś ciekawego? – zagadnęła.
No i tego się nie spodziewała, mężczyzna wydawał się być na oko człowiekiem spokojnym, ba! nawet usposobionym pokojowo do innych, ale zamiast odpowiedzi burknął coś niezrozumiałego i odwrócił się do niej plecami. A przecież siadał obok niej codziennie od ponad trzech miesięcy i nawet zdarzyło mu się skinąć na powitanie. Ludzie potrafią być dziwni, naprawdę.
– Życzę miłego dnia – pożegnała go z przesłodzonym uśmiechem, gdy wysiadał. Okazała się tym sposobem, trochę dziecinna, ale lubiła ucierać nosa osobom, które okazywały się po prostu gburami.

Była osobą o niezwykle złożonym charakterze. Nie można było określić czy jest opanowana i spokojna, czy może całkiem szalona, czy na przykład rozgadana i skora do żartów przy każdej okazji.
Była zmienna jak pogoda i jej nastrój zależał od humoru. Niezaprzeczalnie jednak była tolerancyjna, a jakby spojrzeć i z drugiej strony, trochę i przekorna.
Mieszkała sama w schludnym mieszkanku, które urządziła po swojemu na ostatnim piętrze starej kamienicy. Czerpała ile życie dawało i chowała się, gdy zaczynał padać grad.
Od trzech lat nie kontaktowała się z rodziną. Ojciec, matka, babka, ciotki i inni żyli sobie swoim życiem, a ona swoim. Nie mieszała tych światów, bo jej zdaniem za bardzo się różniły. Ona skupiała się na teraźniejszości i na sobie, a oni wciąż szukali znaków, nad interpretowali to co im się przydarzało i szukali ciągłego związku z kosmosem, magią i dziwnymi filozofiami, których nie rozumiała. Dla niej to była już przesada.
Choć było jej to nie w smak, to jednak odziedziczyła co nieco i choć cechy jak wrażliwość, czy przesadna czułość, uważała za słabostki w swoim charakterze, to lubiła je tak samo jak ciemne włosy i wydatne kości policzkowe upodobniające ją do matki.

– Nie spóźniałam się – powitała szefa, który na jej widok, kiedy wbiegła do lokalu z dwoma kubkami kawy, już, już otwierał usta z zamiarem rzucenia kąśliwej uwagi.
– Ale kawa ostygła – zauważył, odbierając od niej kubek.
Kiedy życie rzuca kłody pod nogi, trzeba je umieć przeskoczyć i chwytać byka za rogi.

Kiedyś usłyszała od starej babki, której zawsze się bała, że ma serce ze szkła. Że jest silna, ale krucha. Nie rozumiała wtedy i często zapominała teraz, co znaczą te słowa.
Była kobietą, a więc oprócz zmienności charakteryzowały ją też marzenia o spotkaniu miłości. Miała dwadzieścia jeden lat i wciąż szukała, choć starania zostawiła komu innemu. Raz prawie brała ślub, prawie bo nic z tego nie wyszło. Powodem była zdrada i choć teraz ktoś kto by znał ją powierzchownie, strzelałby że jej, to jednak zawinił pan młody. Na szczęście obyło się bez łez, a wkład finansowy włożony w przygotowania wesela, zwróciły się prawie w całości.
Ona nie płakała tamtego dnia, ale wyła w poduszkę kilkanaście kolejnych nocy, chrzcząc w ten sposób pierwsze własne mieszkanie. To jej rodzina wykupiła kawalerkę na start młodej pary i wygodniej dla niej, że nie musiała rezygnować z lokum i szansy na ucieczkę od współczujących spojrzeń i ciepłych uścisków, które zamiast pocieszać, drażniły.
Teraz dość często zapominała, że wychowywano ją inaczej i spędzając wieczory w barach, w klubach, budziła się w nie swoim łóżku, albo w swoim, a lokatorem, któremu dawała dość jasno do zrozumienia, że powinien już iść.
Podsumowując – powierzchowność miała dość nieciekawą, wręcz paskudną, ale żywy ogień tlił się w środku.

[ tekst nieco przerobiony z notki z innego bloga, ale mój ;) ]

Wpis opublikowaliśmy 22 kwietnia 2011

1801. Purple brown skylit

Świat wirował, dokładnie jak gwiazdy, co dzień na nieboskłonie, niepowtarzalne, cykliczne, rozmywające się warkoczami błysków i świateł porównywalnych z piorunami. Kolejna walizka została wypakowana, kolejny obraz zawisł na ścianie przypieczętowany stłuczonym palcem, czego trzeba było się wystrzegać jak ognia w przypadku czerwonowłosej. Nie wolno jej było tracić panowania nad dłońmi, podczas kiedy była związana kontraktem z wytwórnią płytową. Czarny Stradivarius w pudle na ciemnowiśniowej komodzie, tęsknie spoglądał na dziewczynę, kiedy ta krzątała się po ciemnym, skąpanym nocną poświatą mieszkaniu. Dziś o dziwo nie bała się ciemności. Z lampką białego wina, rozrzucanymi na powierzchni hebanowego stolika w salonie zielonymi jabłkami przypatrywała się zachodzącym zmianom, za oknem mieszkania, które wynajmowała już ponad rok. Nadal w Nowym Jorku znajdowała schronienie i mimo garstki znajomości i jeszcze mniejszej liczby przyjaciół było jej tu wyśmienicie. Odnajdywała się tu, mimo że często coś gubiła, czuła się dobrze w otoczeniu gwarnych ulic, dużych, sieciowych sklepów i mimo denerwującego ją przepychu wokół i pogoni za pieniądzem i nowoczesnością miasta miała właśnie tutaj własny kąt.

Bezpieczny azyl. Nikt nie czepiał się jej późnych powrotów do domu, kiedy bankiet po występie teatralnym kończył się o 4 nad ranem. Nikt nie narzekał, że jej szpilki są porozrzucane po podłodze w przedpokoju i nie miał pretensji o ciągłe jadanie tych samych posiłków na przemian, do znudzenia i rozstawianie miseczek w różnym miejscu w mieszkaniu. Uciążliwe było życie w pojedynkę, szczególnie dla Amelie, osoby panicznie bojącej się samotności. Jednak samotne mieszkanie w centrum Nowego Jorku miało też plusy. Nie zawsze miała czas na luźne rozmyślania, o tym, że jeszcze nie ułożyła sobie tak naprawdę życia uczuciowego, ani nie zawsze miała okazję do wyspania się we własnym łóżku w sypialni na poddaszu. Kierowanie sobą Ann zawsze uważała za najtrudniejszą w życiu rzecz do zrobienia. I co gorsza należała tylko do niej, nikt inny nie mógł kształtować za nią jej osobowości, temperamentu i nikt nie mógł zamykać za nią ust, kiedy wzburzona o mały włos nie powiedziałaby kilka słów za dużo czy też nikt za nią nie pozwoliłby jej płakać, kiedy nagle przypominała sobie, jaka jest nieszczęśliwa bez miłości.

Nieszczęśliwa nie była, bynajmniej. Była zagubiona i pusta, niekiedy jak porcelanowa laleczka. Robiła to co jej kazano, jadła to co popadło i sypiała byle gdzie, tylko po to by nazajutrz móc funkcjonować. Nadal bawiły ją zakupy, satynowe sukienki bez pleców, zaborcze spojrzenia mężczyzn, kuszące układanie ust muśniętych czerwoną pomadką w zalotny uśmiech, rozczesywanie czerwonych włosów noszących zapach cytrynowego szamponu oraz randki, podczas których ani razu skamieniałe serce nie zabiło szybciej.

W teatrze znajdywała ukojenie. Kurtyna opadała, lub rozsuwała się, a wtedy Ann zależnie od odgrywanej roli zamieniała się w kobietę – vampa, pijawkę ciągnącą pieniądze z konta swojego teatralnego męża i wodząca go za nos, kobietę -pozbawioną jakiegokolwiek sensu życia kiedy odgrywała rolę samobójczyni owładniętej depresją od lat, kobietę – kochającą szczęśliwie i szczęśliwie rodzącą dzieci. I przychodziły chwile, kiedy ukojenie znikało, a przychodziła pustka jej życia. Zmiana ubrań w biegu, kilka rozmów ze scenarzystą, jedna wizyta u mentora. Kolejna premiera, kolejny bankiet. Wczesnym rankiem, w wolny weekend, należy dodać, że jeden z niewielu, jeśli takowy się zdarzał, Amelie była skazana na zderzenie z rzeczywistością, która nie była tak kolorowa jak sukienka na bankiecie.

W filharmonii wyciszała się. Kiedy chwytała za gryf hebanowego Stradivariusa przestała istnieć dla świata. W żyłach płynęła muzyka, palce zgrabnie przyciskały delikatne struny do gryfu, kiedy druga, blada dłoń szarpała je za pomocą smyczka. Ni słyszała oklasków, dobiegających z loży, niekiedy nie widziała nut na zwojach kartek stojących przed nią. Grała z pamięci, oddając całą siebie. I wtedy, po koncercie przychodził czas, kiedy okazywała się kobietą pustą. Wyzutą z wszelkich emocji, spiętą, zmęczoną. Zapomniała, że emocje należy dozować, w wariackiej, pięknej grze na skrzypcach wyładowywała i wypuszczała z siebie wszystkie uniesienia. Afekt ulatywał jak powietrze z przebitego balonika.

Dzisiejszej nocy, wpatrując się w szeleszczące, młode listki buku za szybą, zbitego z surowym obliczem ulicy, na której stała jej kamienica, jedna z setek takich kamienic, zbudowanych z czerwonej cegły, uzmysłowiła sobie, że naprawdę jej czegoś brakuje. Czego?
Nie odwróciła się by zerknąć na obraz, nad komodą. Nie musiała. Widziała go oczami wyobraźni. Ciemnoczekoladowe włosy w nieładzie i tęczówki koloru deserowej czekolady spokojnie wpatrujące się w obiektyw aparatu. Obok mężczyzny, drobna kobieta, której szafirowe oczy z zaufaniem spoglądały na aparat, przyzwyczajone do obecności obiektywu, jednak nie na tyle by czuć się w stu procentach komfortowo. Tym razem jednak, ufała fotografowi. A raczej jemu i jego wyczuciu. Pamiętała, że owe zdjęcie wiszące nad meblem w centralnej części jej salonu, zdjęcie przedstawiające Iana – jej najlepszego przyjaciela i ją samą wykonane zostało przypadkiem, podczas jednego ze spacerów w Central Parku. Pamiętała też, że była bliska zakochania w tym człowieku, co nie oznacza, że oddałaby mu serce. Jedną jego część już miał. Zabrał ją ze sobą podczas pierwszego zdjęcia jakie zrobił czerwonowłosej w filharmonii. Podczas, gdy się poznali. Nie musiała mieć całego jego serca, by kochać go jak przyjaciela. Czasami nawet bratam, któremu nie przeszkadzała jej pokręcona historia.
Nie brakowało jej jednak miłości Iana, której nigdy nie mogłaby mieć. Nie brakowało jej ojca, który prześladował ją do zeszłego roku. Brakowało jej owszem matki i siostry, które zginęły w wypadku, ale nie by nie mogła zaczerpnąć oddechu.
Brakowało jej… Czego? Miłości? Akceptacji? Uczuć? Mimo że nawet tych sprzecznych, to jednak prawdziwych i głębokich? Brakowało jej tego. Zdecydowanie. Brakowało jej tak naprawdę życia. Rozchylenia powiek i dostrzegania barw. Nie imitacji. Nie wstawania rano i czucia bezbrzeżnej pustki, otulającej ją jak jej własna skóra. Chciała się tego pozbyć.

Odłożyła kieliszek na szeroki parapet, żegnając wraz z wypitym winem wszelkie wspomnienia. Pochowała je w sercu, razem z pamięcią o matce i siostrze. Nie pochowała Iana ani żadnego z jej przyjaciół. Nie pochowała chęci życia pełną piersią. Oparła czerwonowłosą głowę o szybę z gorącą prośbą do siebie samej. Prosiła o życie. Prawdziwe życie, które rozbrzmi w niej jak muzyka, rozetli płomień na nowo, rozkwitnie w jej sercu jak wiosna.

Bardzo proszę o zmianę zdjęcia na to: [URL="http://img38.imageshack.us/img38/3918/suzanka.jpg"]klik[/URL] [Zdjęcie autorstwa Susan Coffey]
I przepraszam najmocniej za nieobecność! I zaleganie z notką. Już nadrabiam *perskie oko*

Wpis opublikowaliśmy 22 kwietnia 2011

Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

Zobacz koniecznie!

Archiwa

Najnowsze wpisy